Donald
Tusk prawdopodobnie nie zostanie szefem Rady Europejskiej. Gdyby premier poważnie
oceniał swoje szanse na zastąpienie Hermana Van Rompuya, nie odegrałby dzisiaj
w sejmie tej całej szopki, dla niepoznaki nazwanej „planami rządu na rok 2015”.
A gdyby tak stało się inaczej i Tusk jednak przeniósł się na dłużej do
Brukseli? Paradoksalnie byłaby to oznaka nie siły, lecz strasznej słabości
naszego państwa.
Kilka słów wyjaśnienia,
zanim rozpocznę swój krótki wywód:
Tak, jestem małym
zawistnym człowieczkiem, który bardzo zazdrości Tuskowi jego talentów,
inteligencji i wielkiej politycznej kariery. Każdego dnia pożera mnie zazdrość,
że nigdy nie osiągnę tyle, co lider Platformy. Wszystkie słowa, które zaraz
padną z mojej strony, są efektem frustracji i tego, iż nie mogę się pogodzić z
(potencjalnym) olbrzymim sukcesem premiera, dlatego muszę teraz pluć na niego i
na Polskę.
No, to skoro ten jakże
potrzebny wszystkim zwolennikom Platformy wstęp mam już za sobą, mogę przejść
teraz do konkretów.
Silna
Polska w silnej Europie…?
Gdyby Donald Tusk
otrzymał stanowisko szefa Rady Europejskiej, większość mediów przedstawiłoby
owo wydarzenie w kategoriach wielkiego zwycięstwa Polski na arenie
międzynarodowej. Niestety, ale jest to mylny wniosek. Byłoby to bowiem
wyłącznie osobiste osiągnięcie premiera Tuska, nie mającego nic wspólnego z
pozycją Polski i zajmowanym przez nią miejscem w szeregu. Więcej nawet,
przywódcy silnego, mającego realne wpływy w Europie państwa nigdy by nie
zaproponowano objęcia podobnego urzędu, wiedząc, że i tak by się na nie nie
zgodził.
Kto robi politykę w UE?
W czyich rękach skupiona jest rzeczywista władza? Herman Van Rompuy czy
Catherine Ashton nie mają praktycznie nic tu do gadania, wyrażane przez nich
poglądy nie mogą się różnić choćby w minimalnym stopniu od tego, co wspólnie
uzgodnili polityczni liderzy Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii itd. To
szefowie rządów rozdają tutaj karty.
Spójrzmy na chwilę na
konflikt ukraiński: na czyje słowa czekamy, czyje wypowiedzi są najczęściej
cytowane i analizowane na wszelkie możliwe sposoby? Baronessy Ashton? Litości.
To Angela Merkel, Francois Hollande, czy David Cameron podejmują wszelkie
decyzje i kierują polityką unijną. Prawdziwa gra toczy się między głowami
poszczególnych państw, zaś instytucje unijne są wyłącznie wykonawcami ich woli.
Zresztą naiwnie jest
sądzić, iż Donald Tusk wybrany zostałby na przewodniczącego Rady Europejskiej
po to, by tym skuteczniej realizować polskie interesy. Jako szef rządu Tusk był
reprezentantem Polski i w jej imieniu rozmawiał z innymi europejskimi przywódcami.
Zastępując Van Rompuya lider PO stałby się przede wszystkim przedstawicielem UE,
w takiej zaś sytuacji od Tuska będzie się wymagać porzucenia egoizmu i dbania wyłącznie
o własne państwo. Choć naiwniakom, którzy uważają, iż to, co dobre dla Unii
jest też zawsze dobre dla Polski, taki obrót sprawy pewnie nie bardzo będzie
przeszkadzać.
Nie,
słaby premier w słabej Polsce
Gdyby stanowisko w
Radzie Europejskiej zaproponowano Jerzemu Buzkowi, lub innemu byłemu
premierowi, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej. Jeśli jednak urzędujący Prezes
Rady Ministrów od ław rządowych woli przenosiny do Brukseli, to jest to
najlepszy dowód na słabość naszego państwa.
No to co, powinniśmy
teraz robić wszystko, by zatrzymać u siebie tak wybitnego polityka, którego
talenty zostały dostrzeżone i docenione na salonach europejskich?
Niech jedzie, krzyż na
drogę.
Daleki jestem od powtarzania
słów profesor Jadwigi Staniszkis, na każdym kroku podkreślającej, jak wielkim
nieudacznikiem, miernotą i prostakiem jest Tusk. Warto mimo to zadać sobie
pytanie, dlaczego akurat przewodniczący Platformy jest tak silnie forsowany na
szefa Rady? Bo sprzedał się Niemcom? Nie. Mimo to przez wiele lat Donald Tusk w
pełni popierał kierunek, w jakim UE prowadziła Angela Merkel. Jego wizja Unii jest
więc tożsama z tym, co na ten temat sądzą przedstawiciele europejskiej elity.
Dlaczego jednak z góry zakładać, że ci ludzie to sama intelektualna śmietanka
Europy, najlepsi z najlepszych, którzy teraz na dodatek chcą wynieść jednego z „naszych”
na prawie sam szczyt? Tak trochę właśnie wygląda sposób, w jaki cała sprawa
jest komentowana przez niektórych publicystów: oto mędrcy zaświadczają, że
Donalda Tuska można od teraz traktować jako wybitnego polityka. To nic, że całą
naszą klasę polityczną postrzega się jako zgraje głupków i nierobów. Na
Zachodzie jest inaczej, tam politykę uprawiają wyłącznie mądrzy i
charyzmatyczni ludzie. Nie do pomyślenia wydaje się, by karierowicz i miernota osiągnął
tam wielki sukces. Czyli Tuska naprawdę muszą promować wybitni przywódcy, a to
jednoznacznie świadczy o wyjątkowości samego lidera PO, prawda?
Powtórzę: gdyby Donald
Tusk był silnym premierem silnego państwa, nigdy propozycji przewodniczenia
Radzie Europejskiej by nie otrzymał. Nauczmy się wreszcie dostrzegać, że nie
każda posada oferowana przez Zachód to cud, miód i wielkie szczęście dla
Polski. Korzyści dla naszego kraju z tej decyzji będą żadne. Pamiętacie zachwyt
nad wyborem Buzka na przewodniczącego Parlamentu Europejskiego? Coś nam to
dało? Nic. A tak hucznie otwierana polska prezydencja w UE? Podniecano się tym
niesamowicie, jakbyśmy mieli przez pół roku rzekomego „szefowania” Unii dokonać
wielkiego skoku cywilizacyjnego. Dziś mało kto pewnie kojarzy, że taki fakt w
ogóle miał miejsce.
Ale co ja tam wiem,
jestem wyłącznie małym, zawistnym nieudacznikiem.
Zwykły Człowiek